Artykuły
serce.katolik.bielsko.pl
Świat wokół nas tak szybko się zmienia, iż często trudno za nim nadążyć. My sami się zmieniamy, próbując dopasować się do panujących zasad...

W statystycznej, trzypokoleniowej rodzinie, spotykającej się w komplecie kilka razy do roku, z okazji ważniejszych uroczystości i świąt, chyba coraz trudniej jest znaleźć nić porozumienia, m.in. w kwestii wiary czy tradycji. Ćwierćwiekowa różnica między rodzicami i dziećmi (dziadkami i rodzicami), stanowi wręcz wyzwanie. Każde pokolenie wspomina swoje lata dzieciństwa i młodości, i patrząc na najmłodszych, dostrzegają swoje geny, jednak stwierdzają: „A kiedyś to było zupełnie inaczej...” albo „Za moich czasów...”. Tak – było inaczej. Czy lepiej, czy gorzej – nie wiem, bo to już pozostawiam do oceny indywidualnej. Po prostu było inaczej...
Dziś możemy tylko obserwować i wspomnieć te lata, kiedy sami byliśmy dziećmi. Każdy z nas wychował się w mniej lub bardziej religijnym otoczeniu, ale kiedy nadchodził czas Adwentu, Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, to ten dziecięcy świat nieco inaczej się układał względem tego co się działo, wszystkich przygotowań.
W szkole, na lekcjach religii, w zeszytach malowało się wieńce adwentowe, poznawało ich symbolikę, tradycje; na kartkach była też choinka, a każdy dobry uczynek to dodatkowa ozdoba na świątecznym drzewku.
Po szkole – do domu przez zaspy, piechotą, a gdy zapadał wieczór, ponownie ciepło ubrane dzieciaki, z latarenkami, ruszały w drogę do parafialnego kościoła. Wtedy jeszcze bywało bardzo mroźno i śnieżnie, ale tym większa to była frajda.
Tradycja procesyjnego wejścia z dziećmi do kościoła pogrążonego w mroku jest wciąż żywa i praktykowana. Było jednak tak, iż lampiony unosilło się wysoko, nad głowy, kto jak mógł najwyżej, nawet stąpając na palcach, i tak też 20 – 30 kolorowych lampek niczym dziecięcych serduszek, dawało światło – miły akcent w zaciemnionej świątyni.
Im bliżej Świąt, tym więcej do zrobienia. Porządki, zakupy, pieczenie, gotowanie. Rodzice skrzętnie i sprytnie ukrywali prezenty, które w dzień Wigilii, nagle pojawiały się pod choinką.
Dom na Święta był czysty, pachnący i obfity w specjały i słodkości. Było ciepło i spokojnie, choć do samej Wieczerzy, rodzice i dziadkowie mięli mnóstwo pracy.
Dostęp do telewizji był ograniczony, tak samo do telefonów. O sms-ach nikt nawet nie myślał, nie mówiąc o internecie. Doba miała tak samo 24 godziny, ale czas płynął inaczej, był inaczej przez wszystkich spożytkowany.
Wieczerza Wigilijna była czasem spotkania przy wspólnym stole; składanie życzeń, uściski, wzruszenie, wspomnienia... To był czas dla rodziny z Bogiem.
Pasterka – to dopiero była wyprawa. Godziny nocne, okolica zasypana śniegiem, mroźna, nieco senna, choć z okien dobiegał blask świateł... W kościele było bardzo tłoczno, bo w tę jedną noc w roku, taką wyjątkową, każdy chciał zgromadzić się na Pasterce, powitać Nowonarodzonego, śpiewać kolędy. Najbardziej wytrwałe maluchy i młodzież gromadzili się na przedzie, by być blisko skromnej stajenki betlejemskiej...
Drugi dzień Świąt był rodzinny, gościnny. W odwiedzinach, w kolędowaniu, odświętnie i smacznie.
Czas Bożego Narodzenia, nawet bez gier PC czy Kevina, który pokazał, jak radzić sobie samemu w domu, ten czas był inny – był dobry.
Obecnie dzieci mają wiele możliwości, by Święta spędzić mało tradycyjnie lub nawet poza domem, z dala od rodziny. Musimy pamiętać, że jedynie dobrym wpajaniem i zapoznawaniem najmłodszych z religijną tożsamością i tradycjami – jedynie tak możemy je jeszcze trochę przy sobie zatrzymać a i będzie to dobrze procentowało na przyszłość. Czasy mamy jakie mamy – niestety lub stety, aczkolwiek młodość ma swoje prawa – to fakt. I w pełni ma prawo do realizowania się w kwestiach dla nas może już niezrozumiałych i takich, które przed kilku laty uznawane były za głupstwa i fanaberie rozkapryszonych małolatów.
Tradycja Świąt Bożego Narodzenia sięga ponad 2000 lat, z każdym rokiem będzie coraz bardziej odleglejsza, coraz bardziej naciągana i dostosowywana do potrzeb panującej mody i wygody ogółu. I tylko pozostaje mieć nadzieję, że będzie się nam bardziej chciało niż nie chciało, chodzić na Roraty z maluchami, dopingować w tej materii młodzież, by te symboliczne lampiony były wznoszone tak wysoko, jak to tylko możliwe; by w Święta tylko Kevin był sam w domu, a wszyscy inni, wraz ze swoimi najbliższymi – przy wspólnym stole. Aby dziecięce buzie, odbijające się w błyszczących bąbkach, rozświetłał czas radości z domowej atmosfery, wspólnoty, zabawy, a nie tylko niespokojna i natarczywa ciekawość ukrytych, drogich prezentów.
Największy prezent, które dzieci mogą otrzymać, to Miłość, zarówno ta Nowonarodzona na zbawienie świata, jak i ta rodzinna; to wzajemny szacunek, akceptacja, współpraca, zaangażowanie, pokój w rodzinie, wspólnie spędzony czas na rozmowie, zabawie, modlitwie. Wszystko jednak zależy od spotkania z Bogiem, z samym sobą i z drugim człowiekiem...
A kiedy choinka już potraci igły, po smakołykach zostanie wspomnienie i kilka kilogramów do przodu, kiedy ucichną kolędy a prezenty spowszednieją – zawsze pozostanie to, co głęboko w sercu schowane – dziecięce oczekiwanie i prosty, szczery zachwyt nad Bożą Dzieciną w Betlejemskiej grocie…
M. Krzemień
Podziel się artykułem:
FaceBook  Twitter  

Używamy plików cookies, aby serwis działał lepiej. Dowiedz się więcej, jak zarządzać plikami cookies.